Podejmuj decyzję, że się nie poddasz!

Podejmij decyzję, że się nie poddasz!

Podejmij decyzję, że się nie poddasz! Znasz to, kiedy siedzisz i myślisz, że już nie dasz rady. To za wiele. To nie ma sensu? To odczucie, które przenika każdą cząstkę twojego jestestwa. Jakby ktoś nacisnął „pauzę” w całym twoim życiu.

Ale wiesz, co w tym wszystkim najbardziej zaskakuje? Że właśnie w takich chwilach niepoddawanie się nie jest efektem wielkiego uniesienia, ani nagłego przypływu motywacji. To nie jest filmowa scena, gdzie bohater wstaje, zaciska pięści i nagle wszystko układa się idealnie. Nie. To znacznie bardziej przyziemne i… brutalnie wymagające.

Postanów, że się nie poddasz. Nie dlatego, że to proste. Właśnie dlatego, że jest to cholernie ciężkie. I w tym tkwi sedno tego tekstu. Chcę Ci ukazać, że decyzja o tym, by się nie poddawać, to nie abstrakcyjna idea dla silnych. To nie slogan motywacyjny do umieszczenia na ścianie (choć i one czasami pomagają, prawda?). To praktyka. To proces. To codzienne wybieranie czegoś, co początkowo wydaje się niewykonalne.

Niepoddawanie się to nie emocja. To wybór.

A wybory, nawet te najdrobniejsze, mogą budować twoją psychikę od nowa. Osoby zmagające się z zaburzeniami psychicznymi nie ulegają z powodu lenistwa czy braku charakteru. To nie kwestia motywacji, jak w poradniku. Często to biologiczny, emocjonalny i społeczny wir, który dosłownie wysysa energię.

W schizofrenii uleganie może oznaczać wycofanie. Pacjent przestaje zwalczać głosy, przestaje próbować funkcjonować społecznie, izoluje się w swoim świecie. Nie dlatego, że chce, ale dlatego, że walka pochłania zbyt dużo energii, że w pewnym momencie traci sens.

W depresji uleganie to moment, gdy człowiek rezygnuje z podstawowych czynności – higieny, jedzenia, kontaktów z bliskimi. Odczuwa, że każdy krok to góra lodowa, której nie da się pokonać.

W zaburzeniach lękowych uleganie prezentuje się inaczej: unikanie. Ktoś zaprzestaje wychodzenia z domu, ponieważ strach przed atakiem paniki jest silniejszy od chęci normalnego życia. To też jest pewna forma rezygnacji – rezygnacji z doświadczeń, które mogłyby przynieść satysfakcję.

Czy uleganie to coś złego?

No właśnie. Tu pojawia się pewna sprzeczność. Ponieważ czasami to, co wygląda jak uleganie, w rzeczywistości jest… strategią przetrwania.

W psychoterapii często rozróżnia się dwie rzeczy:

  • uleganie destrukcyjne – rezygnacja z czegoś, co mogłoby realnie pomóc, np. leczeniu;
  • uleganie ochronne – odpuszczenie w odpowiednim momencie, by zebrać siły do prawdziwej walki.

I to ważny temat, o którym mówi się zbyt rzadko. Ponieważ wiele osób chorych psychicznie doświadcza podwójnego poczucia winy – że nie tylko chorują, ale również nie mają siły walczyć… 

Wiesz, jak oglądasz serial i musisz przerwać w połowie odcinka, aby wrócić później? Pauzujesz. Ale to nie znaczy, że serial się skończył. On czeka, aż powrócisz.

Tak samo z uległością. Czasem to pauza, nie koniec. Niekiedy trzeba wyłączyć świat na chwilę, aby później móc znów włączyć odcinek życia.

Dlaczego tak trudno odpuścić?

No właśnie – skoro na każdym kroku słyszymy hasła, aby się nie poddawać i walczyć, to dlaczego w praktyce, gdy życie naprawdę przyciska, mamy poczucie, jakby walka była kompletnie poza naszym zasięgiem? Odpowiedź nie jest prosta, bo tu krzyżują się trzy potężne siły: biologia, emocje oraz otoczenie.

Zacznijmy od mózgu. Bo to nie jest tak, że brak siły to tylko kwestia charakteru. Często to czysta neurochemia.

Dopamina – to nie tylko „hormon szczęścia”, jak to często bywa określane. To raczej paliwo motywacyjne. Kiedy dopaminy jest za mało (a w depresji czy schizofrenii jej szlaki są zaburzone), mózg dosłownie nie ma kopa, żeby zacząć działać. Wówczas nawet najprostsze czynności, takie jak wstanie z łóżka, umycie się, zrobienie kanapki, wydają się Himalajami.

Kora przedczołowa – to centrum decyzyjne oraz planowania. Jeśli jest przeciążona stresem, lękiem lub objawami psychotycznymi, nie działa, jak należy. To trochę jak próbować zarządzać dużą firmą z laptopa, który się zacina i gubi pliki.

Układ nagrody – nasz mózg jest tak skonstruowany, że nagradza działania, które dają przyjemność. Ale w depresji przyjemność zanika (anhedonia). I co wtedy? Skoro nic nie cieszy, to po co w ogóle się starać?

To nie jest wymówka! To biologia, z którą trzeba się mierzyć. Ale świadomość, że mózg funkcjonuje w ten sposób, może dać ulgę, że chory nie jest leniwy, ale tak działa jego mózg. 

Emocjonalne obciążenia…

Przejdźmy do emocji. Bo przecież samo wiedzenie, jak funkcjonuje mózg, nie wystarczy.

Poczucie bezsensu – to jeden z najbardziej paraliżujących stanów. Człowiek zadaje pytanie, po co walczyć, jak i tak nie wychodzi.  To trochę tak, jak grać w szachy, w których przeciwnik ma sto hetmanów, a ty jednego piona.

Chroniczne zmęczenie – w zaburzeniach psychicznych zmęczenie to nie tylko brak snu. To totalne wyczerpanie psychofizyczne. I kiedy ciało krzyczy: stop!

Strach przed nawrotem – nawet gdy jest lepiej, człowiek obawia się, że choroba powróci. To jak cień, który podąża za Tobą. I często ten lęk sprawia, że łatwiej jest „odpuścić” wcześniej, niż ryzykować kolejny upadek.

Społeczne i kulturowe wpływy.

Nie można pominąć wpływu świata, w którym funkcjonujemy.

Presja sukcesu – wszędzie słyszymy, że trzeba osiągać więcej. Social media potęgują ten efekt: wszyscy są piękni, szczęśliwi, spełnieni. A ty? Ty walczysz o to, by po prostu wstać z łóżka. Kontrast boli i wpycha w myśli, że jesteś do niczego. 

Brak wsparcia – wiele osób nie ma obok siebie ludzi, którzy by zrozumieli. Słyszą za to, by wzięli się w garść. A to jeszcze bardziej pogłębia rezygnację.

Stygmatyzacja chorób psychicznych – niestety, wciąż mocna. Łatwiej powiedzieć, że złamałem nogę, niż to, że mam schizofrenię. I ta stygmatyzacja sprawia, że ludzie zamykają się w sobie, co zwiększa prawdopodobieństwo poddania się.

Niezaprzestawanie walki nie oznacza, że nie czujesz bólu, zmęczenia czy bezsensu. Oznacza jedynie, że mimo tego wszystkiego wciąż podejmujesz małe decyzje, żeby jednak iść naprzód. A żeby to robić, trzeba wiedzieć, z czym się mierzymy: z biologią, emocjami oraz presją otoczenia.

I tu pojawia się kluczowe pytanie: skoro emocje i biologia tak nas osłabiają, to gdzie właściwie znaleźć siłę? 

Decyzja jako akt woli…

Ile razy zdarzyło Ci się wyrzec, że jutro coś zmienię? I potem porażka! Rano zero energii. Wszystko poszło na marne. To dlatego, że emocje są jak aura. Raz słonecznie, raz wichura. Raz masz w sobie morze możliwości, a raz czujesz, że toniesz w kałuży.

A decyzja, by się nie poddawać, nie może zależeć od stanu emocjonalnego. To coś trwalszego.

Czym różni się wola od uczuć?

Uczucie: jest błyskawiczne, zmienne, często irracjonalne. Daje Ci siłę albo cię paraliżuje.

Wola: to coś, co trwa pomimo uczuć. To decyzja podjęta raz i powtarzana, nawet kiedy czujesz całkowicie odmiennie.

Wyobraź sobie żeglarza. Emocje to wiatr. Raz pomaga, raz wieje w twarz. Lecz to wola jest sterem. Bez steru łódź dryfuje. Ze sterem możesz płynąć, choćby wiatr Cię spowalniał.

Często wyobrażamy sobie decyzję o niepoddawaniu się jako heroiczną scenę. Ale prawda jest taka, że to codzienne, błahe wybory budują coś większego. Każdy taki ruch to decyzja, że się nie poddajesz. I wiesz co? W praktyce to właśnie te decyzje modyfikują psychikę. Nie bohaterskie deklaracje, lecz regularne, niewielkie akty woli.

Decyzja a kryzysy?

Nie chcę Ci wmawiać bzdur: decyzja nie sprawi, że wszystko natychmiast stanie się proste. Nie. Ale spowoduje, że będziesz mieć punkt odniesienia. To nie oznacza, że zawsze wygrasz. Lecz oznacza, że nie pozwolisz burzy decydować za Ciebie. Nie czekasz na motywację. Bazujesz na decyzji.

I tutaj pojawia się kolejny krok: jak praktykować tę decyzję każdego dnia?

Bowiem teoria teorią, lecz jak wpleść ją w realne życie, szczególnie w chorobie psychicznej, gdzie każdy dzień bywa odmienny?

Powiem Ci coś istotnego: nieustępowanie nie objawia się w sposób spektakularny.

Nie ma fajerwerków, nie ma owacji tłumu, nie ma epickiej muzyki w tle. Najczęściej wygląda… szaro. Jak zwyczaj. Jak ponawianie codziennych, niekiedy błahych czynności. Lecz właśnie w tej monotonii powstaje odporność psychiczna.

Drobne rytuały…

Ludzki umysł uwielbia powtarzalność. To ona zapewnia poczucie stabilizacji. Zatem rytuały mogą być Twoim codziennym antidotum na poczucie chaosu.

Poranny fundament – coś niewielkiego, co wykonujesz zaraz po przebudzeniu, bez względu na okoliczności. Może to być szklanka wody, 3 oddechy, zapisanie jednej myśli w notatniku. Nie ma to być wielkie, ma być regularne.

Wieczorne domknięcie dnia – krótki rytuał podsumowania. Możesz zanotować: „dzisiaj nie poddałem się, gdyż…”. Czasami będzie to „bo wstałem”, czasami „bo poszedłem na terapię”, innym razem „bo nie krzyczałem na siebie”. To kreuje narrację, że robisz coś istotnego, nawet jeśli świat tego nie widzi.

Ruch – nie musisz biec maratonów. Jednak porusz ciało. 5 minut spaceru, rozciąganie, kilka przysiadów. Ciało i psychika to jeden układ, kiedy ciało się porusza, psychika otrzymuje sygnał: „idziemy dalej”.

Bowiem człowiek w kryzysie psychicznym nie może od razu budować wieżowców. To trochę jak rehabilitacja po złamaniu nogi… nie zaczynasz od sprintu. Najpierw uczysz się stawiać stopę, następnie krok, później powoli idziesz szybciej.

Identycznie z psychiką. Małe kroki to prawdziwa praktyka nieustępowania. To, co prezentuje się skromnie, z czasem układa się w ogromną zmianę. I teraz istotne: co zrobić, gdy nastąpi moment, że realnie czujesz, że to już koniec? Że żadne rytuały, żadne ćwiczenia nie mają sensu?

Każdy, kto boryka się z problemami natury psychicznej, zna ten moment. Moment, w którym przesiadujesz na łóżku, wpatrujesz się w ścianę i dopada cię uczucie, że nic nie ma sensu. Myślisz, że nie masz siły… To koniec. Nie dam rady… To uczucie jest strasznie silne. Pożera całą twoją energię, podcina nogi, odbiera oddech. Ale… i to jest trudna prawda… uczucie to nie to samo co fakt.

Przetrwać fale?

Nieużalanie się nad sobą to nie to samo co bycie ciągle silnym, uśmiechniętym i pełnym energii. To nie to samo, co udowadnianie światu, że jesteś twardy. Prawdziwa siła w problemach natury psychicznej to… przetrwanie fal. Pozwolić, żeby przeszły. Przetrwać, nawet jeśli czujesz się jak łódka targana przez sztorm. I pamiętać, że sztorm w końcu ustaje.

Wiesz co? Masz prawo nie mieć siły! Masz prawo powiedzieć, że dzisiaj nie możesz i odpoczywasz. To wcale nie jest poddanie się. To część procesu.

Bo nie poddawać się nie oznacza, że zawsze idziesz do przodu. Czasami to znaczy: zatrzymać się, odpocząć, pozwolić innym Ci pomóc, i dopiero wtedy ruszyć dalej. I tutaj dochodzimy do ostatniej ważnej części: Jak znaleźć swoje dlaczego, czyli powód, dla którego warto się nie poddawać, nawet w najczarniejszych momentach!

Możesz mieć najlepszych specjalistów, najdroższe medykamenty i najgrubsze poradniki – lecz jeśli nie masz po co walczyć, w kryzysie wszystko się wali. I tu nie chodzi o górnolotne idee, wzniosłe misje czy złote krążki. Twoje „po co” może być malutkie. Ale to ono sprawia, że wstajesz z łóżka, że bierzesz następną pigułkę, że mówisz do siebie, że spróbujesz jeszcze raz. 

Jak odkryć swoje po co?

Nie zawsze pojawia się od razu. Czasem trzeba go poszukać, przekopać się przez mrok, by je znaleźć. Oto kilka pytań, które mogą w tym pomóc:

  • Kto w twoim życiu naprawdę Cię potrzebuje (może brat, dziecko, przyjaciel, pies, kot)?
  • Co daje Ci, chociaż odrobinę radości, nawet w kiepskie dni (kawa, muzyka, ulubiony serial, śmiech kogoś bliskiego)?
  • Jaka drobna rzecz sprawia, że czujesz się żywy (zapach deszczu, pisanie, rysowanie, spacer, fotografia)?
  • Czy masz marzenie, nawet najmniejsze, którego jeszcze nie zrealizowałeś (wycieczka w góry, granie na gitarze, pisanie własnej historii)?

Nawyki, które budują psychikę? 

Nie czarujmy się, że gigantyczne transformacje się pojawiają!  Stwierdzenie: „od jutra będę opanowany, szczęśliwy i poukładany” to po prostu fantazja. Życie nie funkcjonuje na zasadzie natychmiast. Ale wiesz, co funkcjonuje? Niewielkie, systematyczne działania. Takie, które są tak błahe, że trudno je zignorować. Ponieważ twój mózg uwielbia prostotę.

Psychika umacnia się nie od wspaniałych zamierzeń, lecz od codziennej konsekwencji.

To analogicznie do siłowni. Lepiej ćwiczyć 5 minut dziennie niż raz w miesiącu przez 3 godziny.

Nadzieja – jak ją odnaleźć? 

Nadzieja nie przychodzi zawsze z automatu. Niekiedy trzeba jej poszukiwać w najbardziej niepozornych rzeczach. Dlaczego nadzieja ma tak kolosalne znaczenie? Stanowi kotwicę w burzy – daje poczucie, że kryzys nie będzie trwał w nieskończoność. Działa jak silnik napędowy – nawet znikomy promień nadziei pozwala ruszyć naprzód, zamiast pogrążać się w bezruchu. Zabezpiecza przed rozpaczą – zarówno w aspekcie psychicznym, emocjonalnym, jak i fizycznym.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Scroll to top