Kiedy myślę o schizofrenii, nie widzę tylko omamów i urojeń. Widzę też coś cichszego. Coś, co łatwo pomylić ze zniechęceniem, lenistwem albo zwykłym zamknięciem się w sobie. Właśnie dlatego temat schizofrenia a wycofanie społeczne jest tak ważny.
W Polsce farmakologicznie leczy się tysiące osób z tym rozpoznaniem. Szacunki są jednak wyższe i mówią nawet o większej ilości chorych, bo część osób nie trafia do leczenia albo długo pozostaje bez diagnozy. To nie jest mały problem. To jest problem rodzin, związków, pracy, szkoły i codzienności.
Piszę o tym prosto, bo tu nie chodzi o straszenie. Chodzi o zrozumienie. U wielu osób największym ciężarem nie są gwałtowne objawy psychotyczne, ale apatia, brak energii, obojętność i powolne odcinanie się od ludzi.
Jak wygląda wycofanie społeczne w schizofrenii i dlaczego łatwo je przeoczyć?
Wycofanie społeczne w schizofrenii często łączy się z tak zwanymi objawami negatywnymi. Nazwa brzmi chłodno, ale skutki są bardzo życiowe. Ktoś przestaje odbierać telefon. Nie wychodzi z domu. Nie ma siły umyć naczyń, pójść do sklepu, odpisać na wiadomość. Z boku to wygląda banalnie. W środku to bywa ściana.
Według dostępnych danych nawet około połowa leczonych osób może mieć nasilone objawy tego typu. I właśnie one są często mniej widoczne niż psychoza. Nie robią hałasu. Nie krzyczą. Raczej gaszą człowieka po cichu.
To nie tylko nieśmiałość, tak mogą wyglądać objawy negatywne!
Ja to widzę tak: nieśmiałość nie wyłącza życia aż tak. Objawy negatywne potrafią.
Najczęściej chodzi o kilka rzeczy naraz:
- Apatia, czyli brak napędu i osłabienie emocji.
- Awolicja, czyli trudność z rozpoczęciem nawet prostego działania.
- Anhedonia, czyli brak odczuwania przyjemności.
- Asocjalność, czyli wycofanie z relacji i ról społecznych.
- Spłycenie emocji, kiedy twarz, głos i reakcje stają się ubogie.
- Ubóstwo mowy, gdy człowiek mówi mało, krótko i jakby bez siły.
To nie musi wyglądać dramatycznie. Czasem ktoś siedzi przy stole i milczy. Patrzy obok. Odpowiada półsłówkami. Sprawia wrażenie obojętnego. A przecież to nie zawsze obojętność. Często to choroba, która zabiera energię, słowa i kontakt ze światem.
Gdy widzę wycofanie, nie zakładam już od razu złej woli. Za tym bardzo często stoi cierpienie, którego na pierwszy rzut oka nie widać.
Dlaczego bliscy czasem mylą chorobę z lenistwem albo brakiem chęci?
To się dzieje często, bo objawy negatywne są mniej widowiskowe. Rodzina widzi, że ktoś nic nie robi, nie chce wyjść, nie szuka pracy, nie dzwoni do znajomych. I wtedy pojawia się prosty osąd, że mu się nie chce…
Tyle że to bywa fałszywy trop.
Jest tak, że w domu wygląda to tak, że ktoś całymi dniami siedzi w pokoju. W szkole, że przestaje się odzywać i odpada z rytmu. W pracy, że nie daje rady utrzymać tempa i kontaktu z ludźmi. To można pomylić z buntem, wygodnictwem albo brakiem wychowania. A czasem to już jest choroba w pełnym ruchu, tylko bez krzyku.
Jak schizofrenia wpływa na relacje, pracę i samodzielność?
Wycofanie społeczne nie kończy się na samotności. Ono wchodzi w każdy kawałek dnia. Najpierw znika chęć do rozmowy. Potem znika rytm. Potem człowiek wypada z ról, z obowiązków, z planów.
To boli też bliskich, bo oni często patrzą, jak ktoś znika im na oczach. Fizycznie jest obok, ale emocjonalnie jakby coraz dalej. I nie bardzo wiadomo, jak pomóc.
Kiedy trudno utrzymać kontakt z ludźmi i zwykły rytm dnia…
Czasem osoba chora prawie nie wychodzi z domu. Unika spotkań, przestaje dbać o higienę, odkłada posiłki, nie pilnuje wizyt. Dzień i noc się mieszają. Zwykłe sprawy rosną do rozmiaru góry.
Szczególnie ciężko bywa wtedy, gdy choroba zaczyna się młodo. Jeśli ktoś nie zdążył wejść w dorosłość, skończyć szkoły, nauczyć się pracy i samodzielności, to później ma pod górę podwójnie. Nie ma na czym się oprzeć i nie ma nawyków. Nie ma poczucia, że „kiedyś umiałem”.
Raporty pokazują też, że w grupie osób z utrwalonymi objawami negatywnymi samodzielność bywa mocno ograniczona. Tylko część pracuje, a samodzielne dotarcie na wizytę lekarską nie jest dla wszystkich oczywiste. To dużo mówi. Nie o słabości charakteru, ale o skali trudności.
Jak choroba obciąża rodzinę i opiekunów?
Tu nie ma co lukrować. Rodzina często staje się silnikiem zastępczym. Przypomina o lekach. Umawia wizyty. Zachęca do mycia, jedzenia, wyjścia z domu. Czasem robi to codziennie, miesiącami, latami.
Według raportów, duży procent osób z nasilonymi objawami negatywnymi mieszka z opiekunami. To pokazuje, jak duże jest uzależnienie od wsparcia bliskich. Gdy tego wsparcia zabraknie, ryzyko życiowego rozpadu rośnie, czasem bardzo mocno.
A jednak właśnie obecność rodziny dużo zmienia. Jeśli ktoś ma obok cierpliwego opiekuna, stałą terapię i pilnowane leczenie, rokowanie zwykle jest lepsze. Nie idealne. Ale lepsze. I to już jest coś.
Co pomaga, gdy schizofrenia łączy się z wycofaniem społecznym?
Nie wierzę w jedną prostą odpowiedź. Tu zwykle działa kilka rzeczy naraz. Leki, terapia, rehabilitacja i pomoc środowiskowa. Razem. Nie osobno.
Sama farmakologia często nie rozwiązuje problemu objawów negatywnych w pełni. Z ostrą psychozą medycyna radzi sobie na ogół lepiej niż z długim zobojętnieniem i wycofaniem. To trudniejsza część choroby. Ale trudniejsza nie znaczy beznadziejna.
Dlaczego wczesna diagnoza i stałe leczenie mają znaczenie?
Im wcześniej ktoś dostanie pomoc, tym lepiej. Bo nieleczone objawy potrafią narastać. Z czasem pogarszają się relacje, sprawność myślenia i codzienne funkcjonowanie. Potem powrót jest cięższy.
Dlatego nie czekam z myślą, że samo przejdzie. Jeśli widzę narastającą izolację, zanik motywacji i odcięcie od życia, traktuję to poważnie. Stałe leczenie daje szansę, żeby człowiek choć trochę odzyskał grunt pod nogami.
Jaką pomoc można znaleźć poza szpitalem?
Dobrze, że pomoc nie kończy się na oddziale. Coraz większe znaczenie ma leczenie środowiskowe i Centra Zdrowia Psychicznego. To ważne zwłaszcza dla osób, które nie mają siły same zgłosić się po wsparcie.
W takim modelu pomoc może przyjść bliżej domu. W grę wchodzi psychiatra, terapeuta, pielęgniarka środowiskowa i osoba koordynująca leczenie. Dzięki temu łatwiej utrzymać ciągłość opieki. A to bywa przełom, bo ktoś wycofany często nie przyjdzie sam, nawet jeśli bardzo tego potrzebuje.
Na końcu zostaje dla mnie jedna myśl. Schizofrenia a wycofanie społeczne to nie temat do oceniania, tylko do rozumienia. Jeśli widzę u siebie albo u bliskiej osoby narastającą apatię, izolację i zanik codziennego rytmu, nie udaję, że nic się nie dzieje. Szukam pomocy. Bo człowiek, który milknie i znika z życia, nie zawsze wybiera samotność. Czasem po prostu choruje.
