Jak być bardziej pozytywnym? O czym warto wiedzieć?
Zacznijmy od najważniejszej kwestii. W przypadku osób ze schizofrenią lub inną chorobą psychiczną pozytywność nie powinna być rozumiana jako tłumienie uczuć. To tłumienie jest najbardziej szkodliwą rzeczą, jaką można zrobić.
Znasz to uczucie. Kiedy ktoś mówi: „Hej, nie denerwuj się!”, masz ochotę krzyczeć. Prawda jest taka, że nie jesteś po prostu smutny, jesteś całkowicie przytłoczony i przerażony! Dźwigasz ciężar tak namacalny, jak krzesło, na którym siedzisz. Udawanie, że te wyzwania nie istnieją, jest jak ignorowanie tygrysa w salonie. Tygrys się nie obrazi i nie odejdzie; zostanie.
Toksyczna pozytywność uosabia przymus udawania szczęścia. Zmusza ludzi do ukrywania strachu, paranoi i dezorientacji za wymuszonym uśmiechem. To podejście jest nieskuteczne; te uczucia po prostu nie znikają. Wręcz przeciwnie, pozostają w nas, tląc się, aż w końcu eksplodują z jeszcze większą intensywnością.
Prawdziwa pozytywność – taka, o której warto mówić – nie wynika z zaprzeczenia, lecz z akceptacji. Ta akceptacja jest naszym fundamentem. Musimy bezpośrednio skonfrontować się z naszymi umysłami, uznać ich zamęt i chaos i zadeklarować: „W porządku. Istniejesz. Jesteś częścią mnie. Skoro nie odchodzisz, musimy znaleźć sposób na harmonijne współistnienie”.
To nie jest przyjemny widok; to wręcz przerażające. Ale jest autentyczne. Coś trwałego można zbudować tylko na fundamencie zakorzenionym w rzeczywistości – a nie na fasadzie nieszczerości.
Moimi procesami poznawczymi steruje system alarmowy, który sięga epoki kamienia łupanego. Jak działa Twój?
Aby zrozumieć wyzwania związane z „pozytywnym myśleniem”, trzeba zrozumieć, jak działa Twój mózg. Wyobraź sobie, że posiadasz najczulszy i najstarszy system alarmowy w historii ludzkości, opracowany w epoce kamienia łupanego, aby chronić przed zagrożeniami takimi jak tygrysy szablozębne.
Ten system nie jest w stanie odróżnić groźnego przełożonego od prawdziwego drapieżnika. Nie potrafi odróżnić niepokojącego spojrzenia nieznajomego w komunikacji miejskiej od spojrzenia członka wrogiej grupy. Każda sytuacja jest postrzegana jako zagrożenie. Po aktywacji system zalewa organizm adrenaliną i kortyzolem, wywołując reakcję walki lub ucieczki. W konsekwencji całkowicie dezaktywuje obszary mózgu odpowiedzialne za logiczne rozumowanie, planowanie strategiczne i – jak się okazuje – optymistyczne myślenie.
Kiedy dzwoni mój budzik, nie chcę myśleć: „Ta osoba żywi do mnie negatywne uczucia”. Posiadam tę wiedzę z tą samą niezachwianą pewnością, co własny oddech. Wykracza ona poza opinie; jest niezaprzeczalnym faktem. Próba „myślenia pozytywnie” w takiej chwili przypomina daremną próbę recytowania wiersza, gdy się dusi. To przedsięwzięcie niemożliwe do zrealizowania.
Nasze wysiłki nie koncentrują się na przechytrzeniu systemu alarmowego; jest on zbyt przestarzały i oporny na zmiany. Zamiast tego, nasza praca koncentruje się na rekalibracji – rozwijaniu umiejętności rozpoznawania fałszywych alarmów. Chodzi o wzięcie głębokiego oddechu i uspokojenie niespokojnej, instynktownej części nas samych, mówiąc: „Proszę, zachowaj spokój. Obserwuj. To tylko listonosz. Nie ma tu żadnego tygrysa”.
To wymaga czasu; nie da się tego zrobić podczas jednej sesji terapeutycznej. Wymaga raczej niezliczonych drobnych korekt wprowadzanych konsekwentnie przez wiele dni.
Kiedy podstawy teoretyczne są już gotowe, czas na praktyczne zastosowanie. Poniżej przedstawiam sprawdzone metody. Chociaż nie gwarantuję cudów, oferuję konkretne, solidne narzędzia, które pomogą Ci poradzić sobie z trudnymi sytuacjami.
Dziennik wdzięczności dla osób chorych?
Rozumiem, że może to brzmieć jak banał, powtarzany niezliczoną ilość razy. Sugestia, aby „wypisać trzy rzeczy, za które jesteś wdzięczny”, jest znana wielu osobom. W chwilach rozpaczy możesz pomyśleć: „Jestem wdzięczny, że nikt dzisiaj nie wycelował we mnie pistoletem przez okno”. Jednak taka reakcja nie wyraża prawdziwej wdzięczności; niesie w sobie nutę sarkazmu.
Podszedłem do tego jednak z innej perspektywy. Zmieniłem perspektywę. Nie skupia się na wielkich, abstrakcyjnych koncepcjach. Nie chodzi o wyrażanie wdzięczności rodzinie, gdy nasz wewnętrzny dialog sugeruje wrogość wobec niej. Taka zmiana perspektywy jest zbyt drastyczna.
Skupiamy się na małych rzeczach w życiu, identyfikując w każdej z nich mały, konkretny i niezaprzeczalny element. Nie można tego zignorować przez wątpliwości czy paranoję.
Wyrażam wdzięczność za moje dobre samopoczucie.
Wyrażam wdzięczność za ciepło herbaty, którą piję, komfort w filiżance i deszcz padający za oknem, gdy jestem w domu.
Te stwierdzenia reprezentują niezaprzeczalne prawdy. Temperatura herbaty wzrosła. Zjawisko to wynika z praw fizyki. Głosy mogą przekazywać ważne informacje, ale nie zmieniają temperatury herbaty. Koncentrując się na tych drobnych chwilach wdzięczności, tworzymy subtelne połączenia z rzeczywistością. Łączymy się ze światem zmysłów, który często jest naszą jedyną kotwicą. W tym dążeniu nie chodzi o osiągnięcie „szczęścia”, ale raczej o podkreślenie wagi tu i teraz. Z tego stanu obecności może z czasem rozwinąć się pewien spokój. Dla nas ten spokój reprezentuje głębszy poziom samopoczucia niż zwykła, ślepa euforia.
Medytacja?
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem sugestię, żeby „spróbować medytacji”, wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem. Pomysł opróżnienia umysłu wydawał się absurdalny; moje myśli były jak płonący wieżowiec z zablokowaną windą i hydrantami pryskającymi szampanem. Myśl o osiągnięciu stanu „pustki” wydawała się całkowicie niemożliwa.
Jednak zetknąłem się z inną perspektywą. Medytacja nie polega na braku myśli, ale na rozwijaniu świadomości naszych myśli, nie pozwalając im nas przytłoczyć.
Wyobraź sobie: siedzisz na brzegu rwącej rzeki. Myśli, głosy i doznania, które wypełniają twój umysł, są jak liście, gałązki i szczątki dryfujące z prądem. Twoim celem nie jest zatrzymanie nurtu, ale pozostanie w tu i teraz i obserwowanie stałego przepływu wszystkiego wokół ciebie. Nie chwytają gałęzi ani nie wskakują do wody; po prostu siedzą i obserwują.
Pierwsze doświadczenie było naznaczone czystym przerażeniem. Głosy stawały się coraz głośniejsze, a strach narastał. Ale po kilku tygodniach coś się wydarzyło. Usłyszałem głos mówiący: „Jesteś beznadziejny” i zamiast zaakceptować to stwierdzenie, nauczyłem się rozpoznawać je jako ulotną myśl: „Och, teraz pojawia się myśl o beznadziejności”. To rozróżnienie, choć subtelne, ma głębokie znaczenie. Oznacza ono odzyskanie małego, ale kluczowego dystansu między sobą a cierpieniem.
Długie sesje medytacji nie są konieczne. Zacznij od zaledwie 60 sekund skupienia się całkowicie na oddechu. Jeśli twoje myśli błądzą – co nieuchronnie się zdarza – delikatnie i bez osądzania skieruj uwagę z powrotem na oddech. To ćwiczenie jest podobne do treningu koncentracji – umiejętności, która zyskuje coraz większe znaczenie w naszym zabieganym świecie.
Ruch?
Schizofrenii często towarzyszą depresja i negatywne nastawienie. Choroba może przykuć chorych do łóżka, tworząc wilgotne, miękkie więzienie, które ogranicza ruch i kontakt ze światem zewnętrznym.
Zdaję sobie sprawę, że wyrażenie „iść na spacer” może brzmieć jak kolejny pusty banał. Spróbujcie sformułować to inaczej: nazwijcie to „zmianą otoczenia dla moich zmysłów” albo „pytaniem, czy świat zewnętrzny wciąż istnieje”.
Kiedy uczucia paranoi się nasilają, a ograniczenia mojego otoczenia wydają się coraz bardziej groźne, czuję potrzebę ruchu. To dążenie wykracza poza zwykłą sprawność fizyczną; pomaga mi przerwać cykl natrętnych myśli. Chodzenie wymaga ode mnie połączenia zmysłów z nowymi bodźcami: chłodnym powietrzem na skórze, chodnikiem pod stopami, kolorami nieba i aromatami unoszącymi się z piekarni. Takie doznania sensoryczne dostarczają mi alternatywnych informacji, które przezwyciężają moje wewnętrzne lęki.
To nie zawsze działa. Czasami paranoja nie ustaje. Dlatego szukam cichych i samotnych ścieżek. Chodzi o zrobienie tego jednego małego kroku – dosłownie – poza ograniczenia, w których czujemy się uwięzieni. Ten krok to bunt przeciwko stagnacji.
Rutyna, czyli Twoja osobista forteca!
Kiedy w Tobie panuje chaos, porządek w Twoim otoczeniu staje się niezbędny. Ustalenie rutyny nie powinno być postrzegane jako błahy aspekt dorosłego życia, ale raczej jako kluczowy filar.
Moja rutyna jest dla mnie święta. Budzę się codziennie o tej samej porze, zawsze jem to samo owsiane śniadanie i biorę leki o 9:00 i 21:00. Moje działania są spójne i przewidywalne.
Powód jest prosty: każdego dnia muszę podejmować niezliczone drobne decyzje, aby uporządkować myśli. Nie mogę sobie pozwolić na marnowanie energii na pytania typu: „Co zjem następnym razem?” lub „Co zrobię?”. Rutyna jest fundamentem mojego codziennego życia i daje mi strukturę, która podtrzymuje mnie pośród wewnętrznego zamętu.
Nawet jeśli inni próbują mnie przekonać, że jestem nic nieznacząca, moja codzienna rutyna głosi: „Jesteś kimś, kto lubi pić herbatę i czytać książkę o 10:00 rano”. To skromne, ale stałe przypomnienie, że zachowuję kontrolę nad pewnymi aspektami mojego życia. Ustalenie rutyny jest jak budowanie fortecy, metodyczne układanie każdego kamienia, dzień po dniu.
Nawiązywanie kontaktów z innymi…
Izolacja jest czynnikiem wyzwalającym schizofrenię. Paranoja rozwija się w samotności i może swobodnie snuć historie o tym, jak inni są wobec ciebie wrogo nastawieni, jak stanowisz zagrożenie i jak jesteś postrzegany jako ciężar.
Rozumiem, że czasami wyjście z domu jest niemożliwe. Ważne jest jednak, aby pamiętać, że więzi społeczne to nie tylko spotkania ze znajomymi.
Zaufana osoba, taka jak terapeuta czy przyjaciel, również może odgrywać tę rolę. Może to być ktoś, z kim spotykasz się co tydzień na kawie i szczerze rozmawiasz. Niezwykle ważne jest, aby mieć kogoś, komu można powiedzieć: „Dzisiaj jest ciężki dzień” i kto zamiast od razu proponować rozwiązania, odpowie po prostu: „Rozumiem. Proszę, usiądź i powiedz mi, co myślisz”.
Ta relacja przypomina, że nie jesteś tylko zbiorem objawów, ale człowiekiem żyjącym pośród innych. Czasami najpotężniejszym pozytywnym doświadczeniem jest bycie wysłuchanym i zrozumianym, nawet pośród chaosu.
Utrzymywanie pozytywnego nastawienia w obliczu schizofrenii znacznie różni się od wizerunku prezentowanego w reklamach. Wykracza poza obrazy ciągłych uśmiechów i przepełnionej radością, ucieleśniając głębszą, spokojniejszą i trwalszą istotę.
To świadoma decyzja, by delektować się tą herbatą, bez względu na wszystko, by poczuć jej kojące ciepło. Ucieleśnia ona odwagę, by obserwować strumień myśli w głowie, nie dając się im porwać. Odzwierciedla determinację, by wstać i zrobić krok naprzód, a potem kolejny. Reprezentuje zobowiązanie do dołożenia kolejnej cegiełki do fortecy codziennej rutyny. Co więcej, ucieleśnia szczerość odwrócenia się i powiedzenia: „Jestem tutaj. Jestem zaangażowany w tę walkę. Czy rozumiesz?”.
To przedsięwzięcie jest niewątpliwie trudne; to najtrudniejsze zadanie, z jakim kiedykolwiek się zmierzyłem. A jednak pozostaje osiągalne. Ta walka, ta determinacja i te ciągłe, drobne akty oporu wobec rozpaczy reprezentują nasze autentyczne pozytywne nastawienie, maskowane powierzchowną radością. Taka odporność ma siłę znacznie przewyższającą wszelkie koncepcje zawarte w literaturze poradnikowej, która promuje jedynie pozytywne myślenie.
